Książki mojego dzieciństwa

Kiedyś zupełnie przypadkowo trafiłam na taką stronę http://www.kiedybylammala.art.pl/index2/ i zachwyciłam się jak pięknie jest prowadzona. Na długi czas zatopiłam się też w książkach ze swojego dzieciństwa. Dużo o nich myślałam. Które zrobiły na mnie największe wrażenie? Które w ogóle przemknęły niezauważone, a potem dziwiłam się, że są takimi czytelniczymi hitami? No właśnie.

Nigdy nie uległam na przykład szałowi na Muminki. Chyba przeczytałam te książki za późno, bo jako dwunastolatka. Owszem podobał mi się Włóczykij ze swoją stoicką filozofia, neurotyczny Ryjek, czy narcystyczna Panna Migotka (zresztą mam wrażenie, że w tych książkach jest zobrazowany pełny katalog zaburzeń), ale nie zrobiły na mnie jakiegoś szczególnego wrażenie. Podobnie Kubuś Puchatek. Tak, czytałam tę opowiastkę, jako mała dziewczynka i uwielbiałam zwłaszcza historię o śladach łasicy, bardzo czytelną moim zdaniem alegorię życia (wciąż drepczemy w kółko i nic nam się nie zgadza :), ale też nie była to bajka w moim stylu.

Dopiero Alicja… Tak, to było coś. Absolutnie porwał mnie groteskowy świat tej opowieści. Uwielbiałam Pana Gąsienicę i Kota Dziwaka. Wiele dialogów umiałam na pamięć. Mam kilka wydań tej książki, każde w innym tłumaczeniu. Wreszcie po latach przeczytałam ją w oryginalne. Lewis Carroll to mistrz nad mistrze. Potrafił opowiedzieć o naszym świecie, posługując się językiem zaczerpniętym ze snu i senną gramatyką. Sprawić, by to co jest rzeczywiste, wcale się takie nie wydawało. Alicja nauczyła mnie, że rzeczy mają drugie dno, trzeba zaglądać pod podszewkę, a od jednej strony grzyba się rośnie, a od drugiej maleje.

Później przeczytałam kolejną książkę, która zmieniła moje postrzeganie świata. Był to “Tajemniczy ogród” F. Hodgson-Burnett. Powieść jak najbardziej realistyczna, bez żadnych snów i czarów, a jednak czarodziejska. Pożyczyłam ją w bibliotece na wsi, gdzie spędzałam wakacje. To było długie deszczowe lato i naprawdę nie miałam już co czytać. Biblioteka mieściła się w wiejskim drewnianym domku na piętrze, szło się po starych wypaczonych schodach, między półkami było ciemno. Książkę oprawiono w szary papier. Wracałam przez łąkę, na której niesamowicie pachniały zmoczone deszczem trawy i kwiaty. Potem w domu czytałam historię o Mary Kapryśnicy, gilu, który wskazał drogę do furtki w zapomnianym ogrodzie, i o wiośnie, co przyniosła odrodzenie. Nauczyłam się dzięki niej patrzeć inaczej na przyrodę. Widzieć w niej poezję życia.

Też zbieram egzemplarze tej książki. Mam chyba z dziesięć wydań, nawet ich nie liczę. Żałuję, że nie posiadam tego najpiękniejszego z ilustracjami Ingpena, umknęło mi, szkoda. Wciąż jednak szukam na aukcjach internetowych i na pewno upoluję.

Oczywiście mam też tamto. Takie samo jak to z wiejskiej biblioteki. Długo szukałam, aż znalazłam identyczne w antykwariacie w Krakowie za 5 złotych. Dałabym i 50, żeby je mieć. Chyba mnie rozumiecie…

No Comments

Leave a Comment