Każda książka ma swoją wersję reżyserską. Moja także. Wycięte fragmenty leżą sobie spokojnie na dysku jako „Notatki do piątego elementu” – „Noc zimowego przesilenia” to moja piąta książka, czyli „Piąty element”, jak w filmie.
No, a ciekawostki… Jest ich sporo, poczynając od tytułu.
Książka miała trzy wersje tytułów i wszystkie zostawiłam, jako tytuły rozdziałów.
Były to kolejno „Sol Invictus”, „Czas jasnowidzów” i „Noc zimowego przesilenia”.
Pierwszy tytuł odradził mi nie kto inny, jak Marek Krajewski, któremu opowiedziałam o tym pomyśle podczas Festiwalu Literackiego w Darłowie. Marek Krajewski jest filologiem klasycznym, i jak można się domyślać, jest całym sercem za tytułem łacińskim, sam nawet chciał dać taki tytuł swej ostatniej powieści, która ostatecznie nazywa się „W otchłani mroku”. Naszemu najlepszemu pisarzowi kryminałów łaciński tytuł (a było to „Experimentum Crucis”) odradziło wydawnictwo Znak. On zaś odradził to mnie. Z Sol Invictus (czyli Słońce Zwycięskie – tak nazwano dzień zimowego przesilenia przypadający na okolice Wigilii) nie mogłam jednak zrezygnować. Tak nazywa się więc pierwszy rozdział powieści, a właściwie wprowadzenie do niej. Sol Invictus to też ukłon w stronę mojego poprzedniego wydawcy, czyli SOL-a właśnie, w którym tak udanie zadebiutowałam.
Drugi tytuł „Czas jasnowidzów” odradził mi wydawca, uznając, że za bardzo kojarzy się z powieścią fantasy. Przyjęłam tę argumentację, bo istotnie w fantasy roi się od rozmaitych „czasów magii” i innych takich. Oczywiście, nie mogłam jednak zupełnie z tego zrezygnować, jest to zatem tytuł ostatniego rozdziału powieści.
No a „Noc zimowego przesilenia”? To najważniejszy rozdział książki. Wszystko dąży ku ostatecznej rozgrywce, która ma miejsce właśnie w tym momencie roku. To najkrótszy dzień, kiedy zmrok zapada jeszcze przed 16.00, potem dni stają się coraz dłuższe, aż do letniego przesilenia – ale to już całkiem inna opowieść.
Historia
Tak, historia, czyli fabuła także się zmieniała. Początkowo, drugi kryminał krakowski miał toczyć się w Dwudziestoleciu Międzywojennym. Pozostała z tego pomysłu jedynie historia szajki złodziei, podrabiającej klucze na podstawie ich wyglądu oraz afera z fałszywymi diamentami hrabiny de S. Obie są zresztą autentyczne.
Pomysł z wojną wydawał mi się z jednej strony karkołomny, a z drugiej bardzo pociągający. Dlaczego? Umieszczając akcję w czasie okupacji bardzo łatwo wpaść w pułapkę martyrologizowania (o ile w ogóle jest takie słowo!). Akcja toczy się pod koniec 1941 roku nieprzypadkowo – chciałam uniknąć opisywania likwidacji getta, która rozpoczęła się w 1942 roku, a swój tragiczny finał znalazła rok później. Takie umiejscowienie akcji sprawiło mi dodatkową trudność. Finałowa rozgrywka miała się toczyć na Zamku w Przegorzałach, który wybudowano dopiero w 1942 roku. Na szczęście wybrałam się na organizowane przez Muzeum Historyczne Miasta Krakowa „Dni Pamięci Ofiar Gestapo” i dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Miłośników Historii Rawelin zwiedziłam schron pod Parkiem Krakowskim.
Podziemia… Tak to był pomysł! Schrony można było zacząć stawiać zanim jeszcze powstał budynek. Tak też zrobiłam.
Jak zwykle u mnie, wyszłam od podstawowej historii, czyli zaginięcia jasnowidza. Interesuję się bardzo tym zjawiskiem i wiele zaczerpnęłam tu z biografii dwóch słynnych polskich jasnowidzów: Juliana Ochorowicza oraz Stefana Ossowieckiego. Obaj prowadzili badania nad zjawiskiem auroskopii, opisanym w mojej książce, jako próba przewidzenia z aury pytającego daty jego śmierci. Ossowiecki przewidział datę własnej śmierci – zginął podczas Powstania Warszawskiego w 1944 roku.
Bohater
Początkowo wszystko było wymyślone inaczej, a śledztwo miała prowadzić kobieta, siostra jasnowidza. Nie bardzo się to jednak układało, więc powstał Artur Załuski, prywatny detektyw, pozbawiony podczas wojny swego zajęcia. Artur Załuski nosi imię mego ulubionego poety Arthura Rimbauda i posiada tę cechę charakterystyczną, że niczego się boi. Jest to z jednej strony wielka zaleta, a z drugiej – ogromna wada, bo może sprowadzić na niego nieszczęście. Bo Artur niestety lubi igrać z ogniem.
Do towarzystwa dałam mu zatem „kobietę, która nie uznaje granicy”, jak ładnie scharakteryzowała Agnes Petzoldt Marta Guzowska. Agnes jest niemiecką baronówną, cyniczną i lekko arogancką. Potrafi pokonywać każdą przeszkodę i zawsze dostaje to, czego chce. Pije wyłącznie szampana, i to tylko kilka łyków, gdy napój jest jeszcze doskonale świeży i chłodny; potem oddaje kieliszek. Cechą charakterystyczną Agnes jest pewien szczegół jej wyglądu – nosi przepaskę na oku, które straciła podczas zamachu na Hitlera. Skąd ten pomysł? Chciałam, żeby moja bohaterka była piękna, ale miała jakąś wyraźną skazę na urodzie. Potem uświadomiłam sobie, że taka postać była w „Miasteczku Twin Peaks” – może i tym się inspirowałam, ale w momencie pisania zupełnie nieświadomie. Musiała też mieć TAJEMNICĘ, bo tajemnica jest w moich powieściach najważniejsza.
Szczegół
Realia są ważne, ale nie powinny przytłaczać czytelnika. Zbierając materiały, znalazłam setki historii wojennych, które nie weszły do książki. Wszystkie szczegóły, łącznie z tytułami popularnych broszur wydawanych jako dodatki do „Gońca Krakowskiego” są prawdziwe. Co ciekawe, jedna z nich, czyli „Sto potraw z ziemniaka” cieszy się powodzeniem po dziś dzień! Tak, podczas wojny Niemcy pomalowali wszystkie kamienice na Rynku Głównym w Krakowie na kanarkowe kolory. Tak, w latach 40. kobiety nie malowały paznokci pod kolor szminki na ustach – robiły tak wyłącznie Amerykanki i była to nowość.
Bardzo trudno z takiego ogromu materiału jest wybrać tylko same smaczki i nie zanudzić czytelnika nadmiarem szczegółów. Wyrzuciłam zatem szczegółowe opisy Rynku wraz z nazwiskami osób, które wówczas posiadały sklepy/kawiarnie. Było to zupełnie niepotrzebne.
Takie zagłębianie się w źródła ma jednak swoje znaczenie dla autora – pozwala się wczuć w opisywany okres. Podobnie jak w przypadku „Dziewczyny z aniołem”, gdzie zobaczyłam nagle Kraków lat 50. – tutaj ujrzałam Kraków pod okupacją.
Widziałam nawet flagę hitlerowską zwieszającą się z baszty na Wawelu i szukałam potem tego zdjęcia. Bezskutecznie. Najprawdopodobniej wymyśliłam tę fotografię.
Zakończenie
Zmieniałam je cztery razy. Ponieważ czytelnicy uznali zakończenie mojej poprzedniej powieści za niesatysfakcjonujące (bo w dużej mierze otwarte), teraz postanowiłam, że książka zakończy się w sposób ostateczny i oczywisty. No i zaskakujący.
Czy mi się udało, to już Państwo ocenią, moi czytelnicy…
