Klątwa profesora Eminowicza
Jestem ofiarą klątwy profesora Eminowicza. Dokładnie i całkowicie.
Jak wiele osób wie, chodziłam do V LO im. Augusta Witkowskiego w Krakowie. Oto moja szkoła:
Opisałam ją w „Dziewczynie z aniołem”:
Tamtej wiosny miałem szesnaście lat i chodziłem do dziesiątej klasy Liceum Ogólnokształcącego imieniem Augusta Witkowskiego, nazywanego przez uczniów i nauczycieli Piątym Zakładem Naukowym, choć tak naprawdę nigdy nie nosił tego szacownego miana, bo za mateczki Austrii był po prostu Wyższą Szkołą Realną, a za dwudziestolecia Państwowym Gimnazjum Matematyczno-Przyrodniczym.
Szkolny budynek, czyli ponure gmaszysko, wzniesione w niezgrabnym stylu charakterystycznym dla XIX-wiecznych szpitali i miejskich ochronek, dominował nad lewą stroną ulicy Świerczewskiego. Trzeba wiedzieć, że była to niezbyt reprezentacyjna, wąska uliczka, biegnąca w kierunku Plant. Niegdyś zamykał ją pałac Wodzickich, z którego nie pozostały nawet fundamenty, a teraz ulicę Świerczewskiego wyróżniały w szczególny sposób trzy posesje. Kamienica naprzeciwko szkoły należała do rodziny Zollów, znanych krakowskich adwokatów, zaś ta przylegająca do budynku po prawej była własnością krewnych malarza Piotra Michałowskiego. Po lewej stronie szkoła sąsiadowała natomiast z ogrodem klasztornym ojców Kapucynów, co stanowiło niekończące się utrapienie biednych mnichów. Ileż to razy ojciec przeor musiał interweniować osobiście u dyrektora, skarżąc się na uczniów obrażających pracujących w ogródku braciszków? Wypominał nieobyczajne gesty pokazywane z okien, przynosił „niezbite dowody” notorycznie powtarzających się przestępstw polegających na obrzucaniu zakonników workami wypełnionymi wodą… Doszło nawet do tego, że w szkole wprowadzono zakaz otwierania popołudniami okien, które wychodziły na teren klasztoru. Stanowiło to jawną kapitulację ze strony dyrektora, który musiał przyznać, że nie daje sobie rady z psimi figlami swoich wychowanków.
Była to bowiem szkoła męska, kształcąca przede wszystkim w przedmiotach ścisłych. Moją klasę, „łacińską” ze względu na wiodący język, nazywano także „zbójecką”, ponieważ wywodziły się z niej najtęższe umysły ścisłe i najbardziej uzdolnieni aktorzy.
Oczywiście jest to opis szkoły z lat 50., przed błogosławioną erą koedukacji. W moich czasach historii nauczał w tym przybytku profesor Marek Eminowicz, zwany „Starym”.
Jakich by historii o „Starym” nie opowiadać, nie powie się w rzeczywistości nic. Był najbarwniejszą postacią naszej szkoły, a z jego bon motów śmiały się pokolenia. Niektórzy nawet je zapisywali: „No i Aleksander Macedoński mówi do swoich żołnierzy: Dobra chłopaki, pakujemy te manele i lecimy sprać tych przygłupów!”.
Pamiętacie „Sposób na Alcybiadesa” Niziurskiego? Tamtejsi uczniowie tak scharakteryzowali swego nauczyciela – „Hobby: historia, słaby punkt: historia”. Taki właśnie był profesor Eminowicz – nie interesowało go nic poza historią. Powiem więcej – nie było na rynku książki z tej dziedziny, której by nie czytał.
(Zobacz zdjęcie profesora z gazety „Gość Krakowski” autor Marian Cichoń)
Cechą charakterystyczną Marka Eminowicza było zmuszanie nas do uczestnictwa w konkursach historycznych. Jednym z nich był konkurs wiedzy o Krakowie. Osobiście nie znosiłam tego konkursu, bo: po pierwsze nie interesowała mnie historia miasta, a po drugie nie chciało mi się wkuwać na pamięć „Kalendarza dziejów Krakowa” Mirosława Frančicia, głównego źródła, wręcz krynicy wiedzy w tych zmaganiach. Dzieło to kojarzyło mi się wyłącznie z uczeniem się, kiedy w Krakowie powstały wodociągi i kto nam zburzył miejskie mury.
Unikałam więc wystawienia do szkolnej drużyny jak ognia. A ci, którzy chodzili ze mną do szkoły, wiedzą, że nie było to łatwe. „Stary” wyznawał zasady, jak sam to nazywał, „demokracji sterowanej”, w której dominowała odpowiedzialna funkcja „chińskiego ochotnika”. Takim ochotnikiem można było zostać, „zgłaszając się dobrowolnie” do odpowiedzi lub właśnie do konkursu. Kto nie miłował historii był w oczach „Starego” jednostką wysoce podejrzaną. Nieco ratowało takiego delikwenta powodzenie w innych konkursach, czyli, jak to się mówiło w moich czasach, olimpiadach przedmiotowych. Każdą taką olimpiadę, choćby ona była z fizyki na poziomie uniwersyteckim Emin określał mianem „olimpiady z robótek ręcznych”, dając do zrozumienia, że posiada dużo niższą rangę od konkursu z historii.
Żeby się wykręcić od „Kalendarza dziejów Krakowa” wzięłam nawet z powodzeniem udział w jednej z „olimpiad z robótek ręcznych”, a dno mego zepsucia zaznaczyło się, gdy zaczęłam wmawiać „Staremu”, że pójdę na studia na polonistykę (polonistce zaczęłam z kolei ściemniać, że wybieram się na prawo). Ostatecznie, rzeczywiście studiowałam polonistykę, co było pierwszą z serii klątw profesora Eminowicza.
Kolejną stała się moja miłość do historii Krakowa. Wybuchła jakoś tak nagle, dopadając mnie w podeszłym wieku. Może zbiegło się to z pomysłem na „Dziewczynę z aniołem”, w której koniecznie chciałam opisać swoje liceum, nie pamiętam. Najbardziej jednak zaznaczyła się w „Nocy zimowego przesilenia” – zbierając materiały do tej książki, przekopałam się przez setki stron dotyczących Krakowa pod okupacją niemiecką.
Dzisiaj uwielbiam historię mego miasta, choć „Kalendarza dziejów Krakowa” dalej nie przeczytałam (mam nadzieję, że świętej pamięci prof. Frančić nie miałby mi tego za złe). Uważam to za klątwę profesora Eminowicza, który tak jak pamiętny Alcybiades z powieści Niziurskiego potrafił w każdym, nawet najbardziej opornym i cynicznym głąbie zaszczepić miłość do historii.
W sumie jestem wdzięczna za tę klątwę.
Chętnie podarowałabym „Staremu” moją wojenną książkę, żeby pokiwał głową nad błędami, które na pewno popełniłam i powiedział „Oj, ale ty bajki opowiadasz!”. Niestety, profesor Eminowicz zmarł w ubiegłym roku, w styczniu. Wciąż go wspominamy.
Ale – wiecie, klątwa działa! Na pewno będzie trzeci kryminał o Krakowie…