Wiedeń! Wiedeń!

Na pewno wiecie, że jest to jedno z moich ulubionych miast, a jeśli nie – no to już wiecie. Właśnie przeczytałam powieść Michała Witkowskiego “Fynf und cfancyś” książkę można obejrzeć TUTAJ, która nota bene jest dużo gorsza niż “Lubiewo” (a może po prostu smutniejsza?) i odnalazłam w niej sporo wiedeńskich klimatów. Choć nie zetknęłam się ze środowiskiem męskich prostytutek (na marginesie – od dawna nurtuje mnie ta nazwa “męska prostytutka”, czy musi być koniecznie dodawany ten określnik, że “męska”? nie można pisać call-boy, lub nawet: płatny gej, choć może to brzmi, jak płatny morderca, nie wiem, wyraźnie język ma z tym jakiś problem), to Wiedeń, a potem Zurich, czyli dwa miasta dobrze mi znane są pokazane tak, jak
ja to pamiętam z lat 90. Zdaje się, że bohater “Fynfa” i ja przebywaliśmy tam w podobnym czasie 🙂

Wiedeń to miasto piękne, miasto sztuki, kawy i bardzo niesmacznych ciastek z mdłym kremem. Byłam tam ostatnio w połowie grudnia, przede wszystkim żeby odwiedzić przyjaciółkę i zobaczyć wystawę Georgii O’Keeffe, bo bardzo lubię takie wyprawy, podejmowane spontanicznie, gdy dzieje się coś ciekawego w sztuce. O’Keeffe przyjechała z Tate Modern  i była to prawdziwa okazja. Obrazy zrobiły na mnie wielkie wrażenie, zwłaszcza te z ostatniego okresu życia artystki, gdy zmieniła się jej paleta na bardzo ciemną i widać było nie tyle wchodzenie w smugę cienia, a przekraczanie drzwi, które zatrzaskują się nieodwołalnie za każdym i na zawsze. Wstrząsają
ce wrażenie. O’Keeffe to abstrakcjonistka, potrafiła więc przekształcać realistyczną wizję w coś zupełnie szczególnego. Ciekawe jest wnikanie do jej wewnętrznego świata. Pozornie uporządkowanego, a jednak niespokojnego i drgającego wielobarwnymi uczuciami i wielością napięć. Pod koniec życia O’Keeffe była praktycznie niewidoma, co sprawiło, że musiała przestać malować. Zmarła w Meksyku, gdzie powstały jej najbardziej niezwykłe prace, tak malarskie, jak i ceramiczne. Niesamowite jest w niej to, że żyła prawie sto lat – urodziła się w XIX wieku, w 1887 r., była aktywna twórczo we wszystkich najważniejszych okresach sztuki XX wieku, a zmarła
w roku 1986!  To była naprawdę kobieta, która widziała powozy na ulicach i gazowe latarnie, a potem lądowanie człowieka na Księżycu. Nie doczekała tylko Internetu i chyba jednak telefonu komórkowego.

Oprócz tej wystawy udało mi się jeszcze odwiedzić ekspozycję fotografii Roberta Haasa oraz bardzo ciekawą wystawę “Sex in Wien”. Tutaj już nie robiłam zdjęć, chyba ze strachu, żeby mnie nie podejrzewano, że fascynuje mnie pornografia. Oczywiście żartuję, bo ta wystawa wcale nie była pornograficzna, raczej budziła pewną zadumę nad drogą, którą przebyliśmy od pruderyjnych czasów XIX wieku (a jednak dużo bardziej lubieżnych i pod pewnymi względami brutalniejszych niż dzisiejsze) do współczesności. Co mnie uderzyło? Najbardziej zafascynowały mnie fotki z wiedeńskich “dzielnic uciech” z lat 70., 80, i 90. Nie miałam pojęcia, że lupanary są takie brzydkie i kiczowate. Oczywiście, z jednej strony wiem, że są to pomieszczenia, które przede wszystkim trzeba szybko posprzątać, ale wszechobecny plastik, tandeta, bylejakość, taniość i krzykliwe kolory sprawiały przygnębiające wrażenie. Zakazany owoc niestety w tym wydaniu nie był elegancki i godny pożądania, wręcz przeciwnie – wydawał się po prostu zwykłym fast-foodem w lichym opakowaniu. Smutne.

Miłe chwile spędziłam natomiast na świątecznym jarmarku. Było to na tydzień przed tragicznymi wydarzeniami z Berlina, kiedy jeszcze nikomu nie śniło się, co może się stać na takiej imprezie. Jarmark wiedeński – a właściwie jeden z wielu, bo każda dzielnica ma jakiś – jest wspaniałym przeżyciem. Nie ma tu chińskiej tandety i brzydkich rzeczy. Jest za to mnóstwo rękodzieła, prawdziwych kadzideł, pięknie pachnących suszonych pomarańczy, goździków, grzane wino nie ma sobie równych. Także wiedeńskie świąteczne dekoracje należą do najpiękniejszych jakie widziałam.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Potem przespacerowałam się nad Kanałem Dunajskim, żeby pooglądać graffiti. To także rodzaj sztuki i warto wysiąść z metra, żeby je zobaczyć. Było chłodno, padał deszcz i unosiła się charakterystyczna dla Wiednia mgła – Hochnebel. Mimo to spacer był niezapomnianym przeżyciem – od mostu do mostu. Można zwiedzać Wiedeń główną trasą – obejrzeć Hofburg, Schonbrunn, Operę, przejść się Ringiem i zwiedzić Katedrę. Można, wszystko można, to jest nawet dobre na pierwszą wycieczkę. Kiedy jednak przyjedziecie kolejny raz, polecam Wam obejrzeć Wiedeń zupełnie inny. Wiedeń wiedeński – muzealny i kawiarniany. Miłej zabawy.

2 Comments

  • Hosting May 3, 2017 at 1:59 am

    Tak pomyslowy splot idealnie laczy sie z lekkim jezykiem, co wyrabia w odbiorcy chec zaangazowania mysli w wiedenskie sledztwo. Nie ma najmniejszych watpliwosci, ze Iga Horn stylowo prowadzi akcje, bezwiednie sygnalizujac artystyczny wklad do kryminalnej zagadki, ale z latwoscia mozna zauwazyc, ze szeroko pojete okrucienstwo w sztuce regularnie przejmuje wladze nad wlasciwa sciezka fabuly.

    Reply
    • admin May 9, 2017 at 6:32 pm

      Dziękuję za wnikliwą lekturę. Przyznaję, że ta powieść, to był trochę mój eksperyment, dobrze bawiłam się pisząc ją. Mam nadzieję, że obecność okrucieństwa w sztuce nie przeszkadzała bardzo w odbiorze. W każdym razie cenna uwaga, do przemyślenia, jeśli zdecyduję się jeszcze na coś w tej konwencji. Pozdrawiam Agnieszka (w roli Igi)

      Reply

Leave a Comment